środa, 22 lutego 2012

Ku promocji refleksji o sztuce!

W obliczu rosnącej z dnia na dzień mojej świadomości procesów, które rządzą widzialnością w sferze publicznej postanowiłam zmienić małe co nieco w moim blogu. Ku zwiększeniu czytelnictwa dokonałam znaczącego przeformułowania tytułu głównego (niezwykle istotnego z perspektywy aktualnych teorii feministycznych odwrócenia kolejności słów wchodzących w skład tytułu, w skrócie problem ujmując: było – obecność nieobecności, jest – nieobecność obecności). Tak, wiem że podobny zabieg nie stoi w zgodzie z technologiami, które rządzą pozycjonowaniem stron internatowych, jednakże w przykrością stwierdzić muszę, że strony modelki Agnieszki Kwiecień są nieustająco lepiej reprezentowane na pierwszej stronie wyników wyszukiwarki Google niż jakiekolwiek sensowne wzmianki o mnie. Jak to możliwe, że odbiorcy naszej, współczesnej kultury wizualnej sytuują piękno ciała ponad wywód krytyczki sztuki? Mój blog znaleźć można wśród tychże wyników na drugiej stronie. Zatem nieprzerażona możliwością pogorszenia wyników widzę światełko w tunelu. Z powagą i rozsądkiem przeanalizowałam dzisiejszy status sztuki współczesnej i refleksji o niej. Wnioski, jak można było się spodziewać, nie zadowalają zatroskanej o stan artystycznego dziedzictwa współczesności historyczki sztuki. Śledząc działania najlepszych ekspertów od promocji doszłam wobec powyższego do absolutnie ciekawych wniosków. Aby potencjalny czytelnik, nazbyt nie tracąc czasu (nie czytając w ogóle niczego co napisane jest mniejszą czcionką aniżeli nagłówek), mógł dowiedzieć się o czym blog jest, wstawiłam wyjaśniający, wszystko-mówiący podtytuł. Postaram się także publikować więcej materiału wizualnego. I ogłaszam konkurs: odpowiedz na pytanie: co oznacza tytuł mojego blogu – dla zwycięzców, którzy odgadną, przewidziane są nagrody niespodzianki. Już widzę jutrzenkę popularności sztuki i krytyki artystycznej!

piątek, 3 lutego 2012

Czy kobiety są wszechstronne?

W ostatnią niedzielę skończyła się w MOCAK-u wystawa Ane Lan Są we mnie wszystkie kobiety świata!. A szkoda bo wystawa miała wspaniałe przesłanie: „kobiety są wszechstronne”. Można było przeczytać o tym w informacjach prasowych i podpisach w przestrzeniach wystawowych.

Ane Lan w ramach swoich działań artystycznych przebiera się za kobiety, albo raczej udaje kobiety z różnych stron świata, podczas różnych zajęć, w odmiennym otoczeniu. Następnie fotografuje się, tworząc cykle autoportretów. Taki ciąg wizerunków mogli widzowie oglądać na wystawie. Dostępne fragmenty tekstu kuratorskiego, powtórzone kilka razy na wystawie, zapewniały: „jest to wystawa feministyczna w wydaniu męskim. Ukazuje obecność kobiety w świecie, jej wszechstronność, wrażliwość, umiejętność dostosowania się do okoliczności”. I sam artysta wpisuje się w postfeministyczne dyskusje, może rzeczywiście nie przebiera się i nie ironizuje, ale wczuwa się w sytuację kobiet na całym świecie i chce o tej sytuacji mówić i jest kobietami zafascynowany zapewne, tyle że sama wystawa naruszyła mój spokój wewnętrzny. Odnoszę wrażenie, że artysta „odkrył Amerykę” – zrozumiał, że kobiety są fajne, bywają wrażliwe, mądre, że się różnią od siebie i właśnie obwieszcza to światu, zapominając, że niektóre kawałki tego świata już dawno to odkryły. Czy w naszej części Europy trzeba przekaz o treściach feministycznych tak bardzo upraszczać? Czy należy z takim naciskiem przekonywać, że kobiety są wszechstronne? Danuta Wałęsowa podkreśliła w niedawno opublikowanej autobiografii, że „kobieta, jak zechce, może wszystko osiągnąć, wszystko to, co mężczyźni” (nad tym, czy Wałęsowa jest feministką zastanawiała się Kinga Dunin: http://www.krytykapolityczna.pl/Dunin/GenderklasaWalesa/menuid-68.html).

Po wizycie w muzeum przygotowywałam z mężem kolację – po posiłku powiedział, że „on nie powinien sprzątać w kuchni, bo mężczyźni nie są tak wszechstronni, jak kobiety i niestety z niektórymi czynnościami sobie nie radzą”. A kobiety to, co innego: i ugotują i na wojnę pójdą jak trzeba.

wtorek, 3 stycznia 2012

Siedem zaś krów chudych i brzydkich, które wyszły za tamtymi, i siedem kłosów pustych i zniszczonych wiatrem wschodnim – to też siedem lat – głodu

Kraków: 120 milionów długu, jeszcze co najmniej 3 lata kryzysu, w najbliższym czasie likwidacja Młodzieżowych Domów Kultury, [Podobno nie likwidacja wprawdzie, tylko restrukturyzacja, ale pomińmy ten drobny szczegół, bo dla utrzymania w napięciu czytelnika mojej mary sennej będzie lepiej, jeśli przyjmiemy, że unicestwienie.] oraz wybranych placówek edukacyjnych. Generalnie pieniędzy brakuje na wszystko: na dokończenie dróg w budowie, na komunikację publiczną, na stadiony, na instytucje kultury, na edukację.

Rok 2011 dla pracowników sektora kultury był dość szokujący, ale w bieżącym będziemy mieć już lepsze samopoczucia – podsłuchałam rozmowę koleżanki w pracy: powiedziała, że w 2012 będzie gorzej, nie przejmuje się jednak, bo się przyzwyczaiła. Jednym słowem dajmy sobie spokój, porzućmy mrzonki o misji, o roli sztuki i edukacji etc., zajmijmy się sobą, czytajmy książki, pomagajmy zwierzętom, oglądajmy telewizję, spędzajmy więcej czasu jedząc, pijąc, śpiąc… [fragment apelu do ludzi kultury].

Projekt tegorocznego budżetu Krakowa przyznaje mniejsze niż w 2011 roku środki większości instytucji kulturalnych. W przypadku większej części z nich pieniędzy jest tyle dokładnie, aby pokryć koszty utrzymania budynków – siedzib placówek i wypłacić jakieś pensje pracownikom. Na robienie czegokolwiek, co można by nazwać ambitnym wydarzeniem kulturalnym, już żadnych środków nie ma. Zdarzają się w ramach przewidzianych budżetów określone kwoty na realizację wyznaczonych z góry „priorytetowych” celów…

Możemy zaobserwować różne działania miasta o charakterze oszczędnościowym. W tym roku nie było sylwestrowej imprezy na Rynku Głównym. Były natomiast fajerwerki – i po co? – pyta moja Mimi. Po co te fajerwerki i komu, na co mają służyć? Byłoby zdecydowanie lepiej zamiast na nie, wydać publiczne pieniądze choćby na zwierzęta w schronisku.

W kuluarach, mogę przypuszczać, prowadzone są, jak udało mi się z jednych ust usłyszeć, rozmowy o projektach wyjścia z zastanej sytuacji. Jest taki pomysł, aby zlikwidować, co tylko się da. Z tych likwidacji pozostaną wolne środki, którymi można zapchać wybrane dziury. Mamy aktualnie już MOCAK w Krakowie, którego potrzeby finansowe zapewne są duże, a skoro go mamy, można zlikwidować inne instytucje zajmujące się sztuką i wystawiennictwem. Pewien krytyk napisał w niekoniecznie przemyślanej recenzji, że kadra MOCAK-u w glorii i chwale przebywa za Wisłą. Przypuszczać, zatem można, że spiszą się doskonale, niosąc kaganek sztuki współczesnej. Pozostałe instytucje odpowiedzialne za popularyzację i prezentację sztuki nie są potrzebne, warto wobec tego zlikwidować wszystkie finansowane ze środków miejskich. Dalej: mamy w Krakowie kilka teatrów – jaki sens jest utrzymywać aż tyle? Podejrzewam, że orzech trudny do zgryzienia, który zostawić. Jak jeszcze zlikwiduje się Ośrodki Kultury, zostawiając jedną tego typu placówkę (najlepiej oddaloną od centrum, aby służyć decentralizacji oferty kulturalnej), to będziemy mogli zbudować jeszcze jeden stadion. [Ach, dobrze zostawmy wreszcie te stadiony].
Co jednak dużo ważniejsze, nastaną wówczas czasy jednorodnej wizji kultury, jednego gustu w dziedzinie tego, co jest wartościowe, co warto pokazywać, których artystów prezentować, których chwalić, których zepchnąć w niebyt. Jedna prawda, jedna instytucja, jedna władza, zjednoczeni mieszkańcy miasta, kibicują jak jeden mąż jednej drużynie z Krakowa.

czwartek, 15 grudnia 2011

Feministyczna Madame okresu PRL-u

Madame Antoniego Libery jest opowieścią, którą prowadzi narrator o swoich latach szkolnych, przypadających na lata 60. okresu PRL-u. Bohater jest jakby kolejnym wcieleniem tej chłopięcości wyjętej żywcem z Ferdydurke, budzącej się naiwnej uczuciowości, zmysłowości, namiętności oraz chuci, która pojawiła się wcześniej choćby na kartach Nienasycenia.

Nie główny bohater jednak jest powodem, dla którego przypominam sobie opowieść Libery, ale ona – kobieta, obiekt jego westchnień, przedmiot kontemplacji, Madame. Kim ona była? – Wyciętym z obrazu Wojciecha Fangora Postaci (1950) wcieleniem zachodniego stylu życia, famme fatale, emancypantką, feministką? Ona, starsza od niego o ponad dekadę, jest piękna, mądra i inteligentna. Wrzucona w zgrzebną Polskę Ludową, uwięziona w jej szaro-burych realiach, czyta Simone de Beauvoir. Ona staje się ideałem młodzieńca, wyraźnie odróżniającym się od kobiet polskich: brzydkich, źle ubranych, szarych, nieciekawych. Nosi pończochy, kiedy inne kobiety paradują z gołymi nogami. Madame jest wykwintna i elegancka – chłopiec opisuje jej stroje z dbałością o szczegóły, podkreślając ich wyjątkowość na tle peerelowskiej codzienności: skórzane buty na obcasie, obcisłe spodnie, żakiet, apaszka, innym razem buty zapięte wokół kostki. Fetysze, erotyczne wskazówki. Używa Chanel 5, starannie się czesze i maluje. Jest obrazem tęsknot i pragnień za innym światem, którego chciałby doświadczyć bohater powieści. W postaci feministki widzimy możliwy kres zniewolenia, w którym on tkwi. Jej emancypacja staje się symbolem wolności.

Madame jest świadoma swoich pragnień i dążeń, jest niezależna. Wie, że jest obiektem westchnień, ale nie przyjmuje goździków w dniu kobiet i nie zamienia się w bezwolny przedmiot uznania. Mam wrażenie, że jest postacią Polki, która chce uciec z Polski, aby móc chodzić w rajstopach. I jej obraz wcale nie odstręcza (jak chciałby ówczesny system ideologiczny) – wręcz przeciwnie, jest wizerunkiem symbolicznym, w którym autor powieści zawarł idee romantycznego dążenia do wolności niczym na obrazie o tematyce powstańczej. Zachodnie feministki chciały równego dostępu do pracy i do struktur władzy, te w PRL-u chciały nieograniczonego dostępu do rajstop. Może taka feministka w Polsce Ludowej była źródłem budzenia się dążeń wolnościowych? Może to dzięki niej podjęto walkę z systemem i władzą (ona uosabiała to, za czym tęskniono – wolność, autonomię i niezależność). Była nie z tamtego świata – niczym Matka Boska Feministka. Polka Niemożliwa Feministka czy Feministka z Zachodu wskaże Wam drogę do wolności? Jaki to mit? 

poniedziałek, 21 listopada 2011

Partnerstwo dla pokoju

Trudno jest mi sobie wyobrazić związek nie oparty na partnerstwie, równym podziale obowiązków i przyjemności. Albo raczej nie mogę sobie wyobrazić, że taki miałby funkcjonować, gdy dwoje tworzących go ludzi ma wyższe wykształcenie i oboje pracują… Bo w przypadku każdych innych warunków jest już dużo więcej komplikacji. I rozumiem, że niełatwo zbudować związek oparty na partnerstwie, gdy oni mieszkają na wsi a tylko on pracuje zawodowo i mają dziecko. I jak ma podział obowiązków wówczas wyglądać? On chodzi do pracy i wraca zmęczony a ona zajmuje się domem i dziećmi. Partnerstwo zakłada równy podział obowiązków i jednakowość możliwości, więc to byłby podział, tylko czy na pewno wywalczony przez samych zainteresowanych i nie przymusowy? Zasadniczo problem pojawia się, kiedy zastana sytuacja nie jest rezultatem negocjacji partnerów ani nie wynika z uświadomionych i indywidualnych potrzeb, ale z warunków społecznych, politycznych czy kulturowych. Kiedy podczas podejmowania decyzji czynnikiem decydującym są finanse rodziny, nie mówimy już o wolnych wyborach – wolny wybór jest uzależniony od uwarunkowań materialnych.
Mężczyzna zarabia więcej (nawet w instytucjach publicznych i placówkach kulturalnych, mimo że w nich pracuje więcej kobiet albo właśnie dlatego), więc on pracuje a ona zostaje w domu, bo opiekunka kosztuje tyle co jej pensja, bo w okolicy nie ma przedszkoli, bo rodzina przyjmuje za fakt oczywisty, że to ona będzie opiekować się domem, albo ostatecznie w niej „dochodzi do uwewnętrznienia potrzeby opieki nad ogniskiem domowym”.
Niezwykle ważne jest instytucjonalne zaplecze – zwróciła na to uwagę Izabela Grabowska 17 listopada na spotkaniu w Gazeta Cafe w Krakowie. Podczas procesu negocjowania równego podziału obowiązków i własnych przestrzeni w związku bardzo często na decyzje ma wpływ brak odpowiedniego zaplecza instytucjonalnego potrzebnego do wychowywania dzieci oraz nierówne traktowanie kobiet i mężczyzn na rynku pracy. Ważna wówczas jest umiejętność wsłuchiwania się w indywidualne potrzeby i przekonania na przekór stereotypom, społecznym i kulturowym schematom i utartym strukturom. Wszystko razem wydaje się oczywiste w tym ogólnym zarysie, ale jakże skomplikowane przy całym uwikłaniu psychologiczno-społecznym jednostki.
Też 17. listopada, ale w MOCAK-u zadano pytanie: Czy Kraków potrzebuje Muzeum Kobiet?
Czy analogicznie można odpowiedzieć, że zaplecze instytucjonalne jest ważne i potrzebne? Mogę sobie wyobrazić sensowną instytucję, która czerpiąc z równościowych idei Muzeów Kobiet będzie podejmować wszystkie te ważne dzisiaj w perspektywie różnic płci problemy kulturowe, społeczne i polityczne, i będzie to robić w sposób dalece nowoczesny, realizując jakąś niestandardową formę współczesnego muzeum, ale zdecydowanie nie mogę przyjąć, że sensowne byłoby tworzenie muzeum sztuki tworzonej przez kobiety z żeńskimi narządami płciowymi.

piątek, 28 października 2011

Jaka kultura – jaka publiczność

Głupcze, idioty, ty nędzna istoto… Człowieku niedokształcony, którego kondycja o pomstę do nieba woła! Dlaczego, pytam co noc, nękana lękami i potami oblewana, nie zauważysz, że kultura jest strawą Twoją współczesną, duszy i ciału konieczną…

I tak właśnie narzekam, zainspirowana każdorazowo po oglądnięciu programu kulturalno-społecznego w odnowionej ramówce Telewizji Polskiej. Kultura, głupcze – piszą na ścianie twórcy programu a ja kurczę się w sobie na kanapie i zastanawiam, czemu zasłużyłam sobie na takie miano? A może to nie ja? Może nie ja jestem tym adresatem słów wyraźnie wypisanych? Może jacyś inni głupcy, jacyś inni abnegaci tematyczni?
Z samym programem raz jest lepiej, raz gorzej, zależy od zaproszonych gości, tematu. Coś tam uda się mądrej osobie powiedzieć czasem sensownego, mimo że poziom rozmowy nie nastraja. A do tego ten pośpiech, który może niekoniecznie sprzyja edukacji całościowo niewyedukowanych wpatrzonych w odbiorniki telewizyjne.

Jakkolwiek czuję się nieswojo w roli głupca, któremu kulturę chcą mądrzy, zaproszeni do telewizyjnego studia, ludzie zaprezentować, to czasem wciskam play, oglądam i nie przełączam na mecz aż do końca.
Podobno po niedawnych zmianach w ramówce TVP – wprowadzeniu większej ilości programów poświęconych kulturze i w lepszym czasie antenowym, spadła oglądalność telewizji publicznej. Czy wniosek jest nazbyt prosty: bardziej wartościowe przedsięwzięcia trafiają tylko do bardziej wymagającego odbiorcy a tych jest mniej? Pewnie taka jest prawda. Ale też nie odkryję Ameryki stwierdzeniem, że nie należy obniżać poziomu merytorycznego, aby dotrzeć do większej ilości osób zainteresowanych. Tate Modern odwiedza rocznie 7 mln ludzi. W części instytucji kulturalnych w Polsce pracownicy mają nadmiar dobrych pomysłów, ale nieustannie cierpią na niedobór publiczności. Może kampania promocyjna oparta o hasło:
Głupcze przyjdź do nas na wystawę!!!
byłaby rozwiązaniem problemów z frekwencją niejednej placówki?

Signum Temporis. Jeśli myślimy np. o zorganizowaniu poważnego spotkania, podczas którego będziemy w gronie zaproszonych specjalistów analizować poezję współczesną jakiegoś kraju, najlepiej wydarzenie pasować na Festiwal Poezji a do przyjścia zachęcić ludzi obietnicą poczęstunku chleba i wina. Oczywiście należy także sprowadzić jednocześnie kilka sklepów, otworzyć stoiska i kram – potrzeba konsumpcji jest nieustanna. Nęcenie atrakcyjnym towarem w promocyjnej cenie – przyjdź i kup a przy okazji postaramy się wepchnąć Ci do główki kilka informacji ze świata sztuki!

Tłumaczyć, opowiadać, edukować, uświadamiać, namawiać, przekonywać – świetnie, ale ważne jak. Podczas spektaklu Kupiec Mikołaja Reja w Teatrze Starym w Krakowie, możemy wysłuchać ciągu sensownych odpowiedzi udzielonych podczas wywiadu. W tym samym czasie, gdy słuchałam wielce rzeczowych opowieści wydobywających się z głośników o tym, dlaczego Kupiec, jaka filozofia, jaki światopogląd, że niemożliwy do wystawienia, że długi, że mądry i dlaczego… patrzyłam na dwójkę aktorów, którzy wcielają się w rolę dyskutantów i bez słów sprowadzają całą refleksję do błazenady. Udzielający odpowiedzi przemieniają się na naszych oczach i w naszych umysłach w przemądrzałych pyszałków, megalomanów, zadufanych mądrali. Wygłaszają te wszystkie mądre kwestie, jednocześnie zdając sobie sprawę ze swojej pozycji. Jakkolwiek słuszną wydaje się rola przewodnika po meandrach kultury, to chyba każdy doświadczył momentów, że znieść nie może tej emanującej z każdego gestu głosiciela rozumności.

I mówić i edukować, tylko nie wcielać się w wielce fantastycznego, zmanierowanego, dużo-mówiącego o prawdach absolutnych, reklamującego swoją genialność twórcy projektu, który ma na celu edukację społeczeństwa. Bo rasa ludzka takich edukatorów z reguły nie słucha. Więc kropka.


czwartek, 15 września 2011

Co z oczu to z serca. Co przeniesiemy z „Krakowa” do Nowej Huty?

Minionego roku na Placu św. Marii Magdaleny w Krakowie stanęła rzeźba – dość kuriozalny w formie konkurencyjny wobec pomnika Skargi obiekt. Złota postać na czerwonym trójnogu. Zdecydowanie autor nowej rzeźby nie zamierzał odpowiednio wpisać produktu w otaczającą zabytkową przestrzeń. Zresztą jak się niebawem okazało postawienie rzeźby miało wywołać pytania natury prawnej i określoną sytuację nie tyle estetyczną właśnie, co naznaczającą przestrzeń miejską i problematyzującą rolę w niej współczesnego artysty i mieszkańca.
Najwyraźniej Krzysztof Krzysztof, autor rzeźby, skoncentrował się na aranżacji całego zdarzenia, analizując aktualne praktyki upiększania ulic, schodów czy placów w Krakowie i mając na celu ich stygmatyzację. Można by wobec tego wnioskować i przyjmować za z góry zamierzoną właściwość akcji, że forma estetyczna obiektu miała być nieprzyjemna, że rzeźba nietrafiona, nieciekawa wizualnie, formalnie nieudana, że miała w założeniu nie pasować do otoczenia i razić. Bo miała… właśnie wskazywać, że łatwo byle knot w przestrzeni publicznej miasta wystawić. I postawić. I tak zostawić ku zgrozie i wymiotnym odruchom na przykład okolicznych mieszkańców.

Władzom miejskim rzeźba Krzysztofa Krzysztofa zdecydowanie nie przypadła do gustu (jak można było się spodziewać?) i postanowiono napomnieć właściciela i postraszyć karą. Ten jednakże kategorycznie nie wyraził zgody na usunięcie  i jak się okazało miał prawo nie wyrażać. Wobec uporu artysty i chyba nieadekwatności prawa do aktualnych pomysłów w zagospodarowywaniu przestrzeni miejskiej Zarząd Infrastruktury i Komunikacji Miejskiej w Krakowie zaproponował inną lokalizację dla rzeźby – dzielnicę Nowa Huta.


Na mieszkańców Nowej Huty znów padł blady strach. Niedawno planowano tam wystawić monumentalny i pełen patosu monument Kuklińskiemu a teraz znów fenomenalny pomysł, aby przenieść i usytuować tam to, co niechciane w zabytkowym centrum.

W wyniku pertraktacji pomiędzy organami władzy a artystą powstała idea zorganizowania Art Sesji – artystycznego projektu, który miał na celu umożliwić twórcom pracę w przestrzeni publicznej miasta. Za koncepcję wydarzenia odpowiedzialny był Krzysztof Krzysztof a współorganizatorem został ZIKIT. W ramach Art Sesji zorganizowano w centrum Nowej Huty plenery dla artystów, którzy przygotowali prezentowane potem tam obiekty. Jak wynika z relacji świadków wiele działań spotkało się z uznaniem publiczności, która m.in. chętnie bawiła się powstałymi formami. Niestety pojawiły się także akty wandalizmu, ale z nich Krzysztof wyciąga pozytywne wnioski: wskazują one bowiem gdzie np. zainstalować kamery, aby poprawić bezpieczeństwo miejsca, jaką przestrzeń przeformułować, oświetlić, naznaczyć, mogą uświadamić artystom jak docierać do publiczności i jak wywoływać pozytywne reakcje i zainteresowanie. Obiekt sztuki ma moc zmieniania wartości, mówi rzeźbiarz.

Zastanawiam się, czy właściwe jest przy okazji podkreślanie (co możemy zauważyć m.in. na stronie internetowej Art Sesji) szczególnej odrębności Nowej Huty od reszty Krakowa? Czy naprawdę ludzie, którzy tam mieszkają inaczej zarabiają i inaczej chcą spędzać wolny czas? Czy poważnie różni się odbiorca sztuki z Prokocimia czy Bieżanowa od odbiorcy kultury z Nowej Huty? Znaczy, że w Nowej Hucie można stawiać te pomniki, których mieszkańcy Śródmieścia nie mogą zaakceptować? Poczucie estetyki i gust mieszkańców tej dzielnicy są tak zdecydowanie inne i potrzeby też?

Na nieszczęście Krzysztof Krzysztof przyznaje, że jego rzeźba z Placu św. Marii Magdaleny zostanie na Placu Centralnym w Nowej Hucie na dwa lata a może jak się uda to na dłużej. A mi się wydaje, że ona zupełnie i w nową przestrzeń się nie wpisuje! Bo nijak koresponduje, ani nawet z Restauracją Stylową, więc jak to zostawić ją chronicznie? I nie pomaga nadanie rzeźbie tytułu Zarathustra, powoływanie się na filozofię Nietschego, którą się wykorzysta i powiąże ze zniewoleniem komunistycznym, ze wspomnieniem Lenina, z kształtem postkomunistycznego świata w kontekście socrealistycznej architektury. Wszystkie te zabiegi nie pomagają w sytuacji zetknięcia się twarzą w twarz z żenującą formą!

Niepocieszeni mieszkańcy Nowej Huty, co możecie teraz zrobić? Zaproponujcie inną lokalizację – może artysta zgodzi się zorganizować sesję artystyczną w innej dzielnicy? Przecież znajdziemy jeszcze bardziej artystycznie i przestrzennie zaniedbane miejsca w Krakowie niż Nowa Huta.

czwartek, 28 lipca 2011

Pod wrażeniem Kronos Quartet

Piękny, absolutnie piękny koncert… Dawno nie byłam pod takim wrażeniem podczas obcowania ze sztuką. Dwie i pół godziny pod wrażeniem i jeszcze potem.
W piątek (22.07) w krakowskiej Filharmonii odbył się koncert Kronos Quartet. Siedziałam, nie ruszając się praktycznie wyłączywszy przerwę, wyciągałam szyję, tak, aby dobrze widzieć ponad kilkunastoma rzędami i ciężko oddychałam. Takie głębokie oddychanie bez poruszania się czasem towarzyszy mi w stanach zafascynowania – zdarza się rzadko.
Zastanawiałam się podczas koncertu, dlaczego nie wszystkie miejsca są do granic możliwości wypełnione widzami. Może dlatego, że bilety za miejsca w rzędach ostatnich, w których nic nie widać i kiepsko słychać, są w tej samej cenie co te bardzo blisko? Więc kwestie organizacyjne zdecydowanie polecam do przemyślenia.
A publiczność była wspaniała. Owacje na stojąco i trzy bisy. I pamiętam ten kolor pomarańczowy (można wybaczyć, na szczęście krótkotrwałą, tendencję do oświetlenia czerwonego w chwilach podniosłych i niebieskiego w spokojniejszych). Ten pomarańcz świecił i emanował pozytywną energią i w jego wnętrzu czterech muzyków z instrumentami. I wzrok zajęty i słuch wyostrzony, aby koniecznie każdy pojedynczy dźwięk usłyszeć z bardzo szerokiego repertuaru.

wtorek, 19 lipca 2011

Wobec oblicza Pana stajemy nadzy – wobec oblicz naszych wiernych przywdziewamy się niczym królowie, aby podziwiać nas mogli

W obliczu okołolife’owych dyskusji, komentarzy i protestów z zaciekawieniem czytałam aktualny numer „RityBaum” – nr 19. Hasłem przewodnim numeru jest punk a na stronie czwartej widnieje akt zbiorowej apostazji. Bardzo mnie to już na wstępie rozbawiło i z zainteresowaniem przeczytałam, dlaczego należało tego dokonać. I redaktor Marcin Czerwiński wytacza merytoryczne argumenty, z którymi nie trudno mi się zgodzić. Bo: sytuowanie się ponad prawem, feudalna struktura, wywieranie wpływu na ustawowe ubezwłasnowolnienie kobiet, narzucanie światopoglądu... Jednak moje wątpliwości wzbudza krytyka klerykalnej strojności. Przecież te stroje dzisiaj jakby z innej planety – napisał Czerwiński. No tak z innej. Rzeczywiście ten ciąg guziczków na sutannach dość kuriozalny, dość perwersyjny, tyle odpinania, od samej góry do samego dołu i odwrotnie. Ale z drugiej strony dzisiejszy świat tak przyzwyczajony do tej tandety i dziadostwa w ubiorach… Z nadzieją jadę do jakiegoś innego miasta, do jakiegoś innego kraju (chyba muszę w końcu na inny kontynent), aby zobaczyć ludzi różnorodnych i różnokolorowych. Ale nadzieja najczęściej płonna i trud marny. I wszędzie te nieszczęsne siecio-sklepy, chińskie mundurki, kiepskie materiały – sztuczne, okropne, nieprzyjemne, w których nie czuje się związku z naturą świata (100 % poliester, świetnie oddycha, tysiąc lat się rozkłada, najlepiej, gdy się znudzi zorganizować wymianę, bo się nie zepsuje). Na szczęście zdarzają się i np. można w Internecie obejrzeć ubiory – dzieła sztuki. Lubię Ditę von Teese w sukni Vivienne Westwood: kaskady i fałdy mieniącego się jedwabiu, szyk, zabawa i oryginalność. 

Tak, strojom kleru brakuje indywidualnego charakteru. I brakuje w ich podejściu do siebie i swojego wyglądu dystansu (albowiem jak inaczej skoro reprezentują i uosabiają) a przecież często księża wyglądają przezabawnie. Kampowo może nawet? Taki ksiądz biegnący z kościoła na plebanię a za nim poły rozwianego zielonego sukna… Albo zakonnica jadąca na rowerze.
Kościół rzymskokatolicki aktualnie chętnie sięga po możliwości wykorzystania bogactwa wizualnego misteriów w celu przyciągnięcia uwagi wiernych. Czy zatem przepych obrządku jest pożądany w dzisiejszym świecie? Czy pomaga w religijnym zapamiętaniu i oddaniu? Z zainteresowaniem oglądałam kolejne odcinki serialu The Borgias i z wielką przyjemnością chłonęłam właśnie estetykę strojów. Papież w sukniach z wyszywanego jedwabiu i jego strojne kochanki to sceny nie przystające do dzisiejszego świata, ale jednak pociągają – szelest najlepszego materiału i aksamitność jego struktury. Gdy do Rzymu dociera z wrogimi zamiarami król Francji, papież przywdziewa zgrzebny habit oraz sandały i kładzie się krzyżem przed ołtarzem. Ta prostota i asceza zjednują sobie serce groźnego władcy. Ale przecież służą tylko politycznym celom. Więc może Kościół katolicki powinien skorzystać z usług jakiegoś znakomitego projektanta, który stworzy im mundurki na miarę dzisiejszych czasów i zasobności Jego portfela. Bez rezygnacji z wytworności, ale z dodatkiem elegancji, z jakością i brakiem śmieszności. Może nie sukienki, ale garnitury u najlepszych krawców z doskonałych tkanin. I będą wyglądać jak przystało na polityków, a nie kobiety w sukniach o niemodnym już kroju.

piątek, 15 lipca 2011

Czy w jednej kobiecie może połączyć się uroda ciała i bystrość intelektu?

Działalność wystawienniczą Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie zainaugurowało otwarcie równocześnie kilku wystaw. Szczególnie zaskoczyła mnie prezentująca prace Maurycego Gomulickiego zatytułowana Bibliophilia. Mieści się w przestrzeniach, które zająć ma biblioteka MOCAK-u, zaraz obok Biblioteki Mieczysława Porębskiego. Właśnie. Czy przypadkiem księgozbiór Profesora nie czuje się niepewnie w sąsiedztwie wizerunków porozbieranych nastolatek z książkami?

Pomysł zestawienia młodych, roznegliżowanych dziewczyn z książkami dziwi i drażni, i wzbudza sprzeciw. Dlaczego one w strojach plażowych pozują na tle zbioru bibliotecznego? Ach, prawdopodobnie artysta w tym zestawieniu odkrył jakąś istotę binarnej struktury umysłu i cielesności. I postanowił zająć się pogłębieniem tej refleksji odwiecznie zaprzątującej głowy filozofów. Bo czyż intelekt wyklucza piękne ciało? – zdają się pytać modelki Gomulickiego. Albo czy posiadanie zgrabnej sylwetki i blond włosów ma świadczyć o niewysokim poziomie IQ? 

Porządkując zbiory dziadka, Gomulicki postanowił porozbierać swoje pomocnice i sfotografować je w strojach kąpielowych. Dlaczego w strojach kąpielowych? Czemu nie w bieliźnie albo nago? Więc one najpierw rozebrały się w ciemnym kącie bibliotecznym, ocierając swoje nagie ciała o zgrzebne, stare woluminy, aby następnie przywdziać te stroje kolorowe i w nich stanąć na tle półek. A dziewczęta są ładne, mają wymalowane paznokcie i usta pociągnięte czerwienią. Niektóre pozują dość odważnie, prezentując swoje wdzięki, inne nieśmiało zakrywają się włosami, wyginają, zasłaniają książkami, zginają. Tak wyglądają jakby to były ich pierwsze przygody z pozowaniem artyście. Przypominają mi się sytuacje z akcji Karola Radziszewskiego, których efekty mogliśmy niedawno widzieć w Bunkrze Sztuki – tyle, że Radziszewskiemu udało się swoich chłopców rozebrać do naga. A tu? Nic, co by mogło kogoś zszokować. Gomulicki, bowiem nie zamierzał zdumiewać – pokazał sytuację znajomą i status kobiety w świecie intelektualnym. Albowiem bywa tak, że mężczyzn zachwyca nieporadność i nieśmiałość, i rodząca się seksualność. Że Lolitki są pociągające. A jeszcze bardziej, gdy stoją w bibliotece, która wiekiem i mądrością tchnie. I gdy sięgają po Bataille’a (a proszę zwrócić uwagę: o jakich rzeczach pisał Bataille!) i po Niepokój Różewicza. Tylko, że mam wrażenie, że one zajęte są raczej właśnie tą swoją cielesnością wystawioną na ogląd artysty i nic nie robią sobie z treści zawartych w książkach. Nie widzę na płaszczyźnie prezentowanych fotografii miłości do papieru, do słowa pisanego, nie widzę erotyzmu literatury, ani pragnienia książki, ani żadnych inspirujących emocji. 

Gomulicki w wywiadzie opublikowanym w „Wysokich Obcasach” mówi o dziewczynach: One mają ten raj pod spódnicą. Tak, oczywiście – mają (i wszyscy o tym wiedzą) i na fotografiach artysty są przedmiotami służącymi do osiągania przyjemności. W patriarchalnym, męskim świecie księgozbiorów stoją, niepewne swojej seksualności, nieświadome swojej roli. Artysta opowiada: moje dziewczyny pojawiały się w domu dziadka i były jak pojedyncze, świeżo cięte kwiaty na tych wszystkich bibliofilskich zebraniach, na których bywali sami starsi panowie w marynarkach pachnących kurzem i tytoniem. A jak można je było ucapić gdzieś oparte o półki, to było po prostu świetnie. I świetnie – wszystko jasne. I tak sobie wyobrażam takie spotkania w bibliotece, w których uczestniczą sami starsi panowie, i w których nie uczestniczą te młode kobiety (mimo, że się pojawiają – to nie uczestniczą), tylko wyglądają i pociągają starszych panów, tym co mają pod spódnicą. I one wcale, wedle przyjętego punktu widzenia, nie są po to, aby myśleć lub wyrażać swoje zdanie o literaturze. W materiałach prasowych napisał kurator wystawy Adam Mazur: Kobieta w ujęciu Maurycego Gomulickiego jest nie tylko do patrzenia i zjedzeniaA do czego jeszcze niby? – Na przykład do porządkowania. 

Gomulicki skwapliwie stwierdza, że połączenie seksapilu i urody z oczytaniem nie jest wykluczone. Ależ to, drodzy panowie, przecież wiecie, wierutna bzdura! A ciągle staracie się odkrywać takie skarby – takie wyjątki, które łączą w sobie mądrość i piękno, i jeszcze opowiadać o tym innym niedowiarkom. Śmieszne doprawdy.