Piękny, absolutnie piękny koncert… Dawno nie byłam pod takim wrażeniem podczas obcowania ze sztuką. Dwie i pół godziny pod wrażeniem i jeszcze potem.
W piątek (22.07) w krakowskiej Filharmonii odbył się koncert Kronos Quartet. Siedziałam, nie ruszając się praktycznie wyłączywszy przerwę, wyciągałam szyję, tak, aby dobrze widzieć ponad kilkunastoma rzędami i ciężko oddychałam. Takie głębokie oddychanie bez poruszania się czasem towarzyszy mi w stanach zafascynowania – zdarza się rzadko.
Zastanawiałam się podczas koncertu, dlaczego nie wszystkie miejsca są do granic możliwości wypełnione widzami. Może dlatego, że bilety za miejsca w rzędach ostatnich, w których nic nie widać i kiepsko słychać, są w tej samej cenie co te bardzo blisko? Więc kwestie organizacyjne zdecydowanie polecam do przemyślenia.
A publiczność była wspaniała. Owacje na stojąco i trzy bisy. I pamiętam ten kolor pomarańczowy (można wybaczyć, na szczęście krótkotrwałą, tendencję do oświetlenia czerwonego w chwilach podniosłych i niebieskiego w spokojniejszych). Ten pomarańcz świecił i emanował pozytywną energią i w jego wnętrzu czterech muzyków z instrumentami. I wzrok zajęty i słuch wyostrzony, aby koniecznie każdy pojedynczy dźwięk usłyszeć z bardzo szerokiego repertuaru.

Ja także lubię "Kronosów", ale niestety i na szczęście słucham ich czasem w 2 PR. W ogóle muzyka kameralna ma w sobie to coś. Ostatnio zachwycam się pierwszym w Polsce wydaniem kwartetowym w jazzie (!) - Atom String Quartet... "no boski wiatr, nie ma przebacz" (koniec cyt.). I jeszcze jedno. Mam w głowie czyjąś definicję muzycznego kwartetu: to inteligentna rozmowa czterech osób. Ładne.
OdpowiedzUsuń